czwartek, 20 czerwca 2013

"The adventures of Captain Spencer"

          - Tak swoją drogą, to brzydka nie jesteś. 
- A wiesz, że kłamanie sprowadza cię na złą ścieżkę życiową? - wtrącanie się pomiędzy sprzeczkę tych dwóch osobników mogło zakończyć się nieuniknionymi obrażeniami fizycznymi. 
- Ej, ej. Moi drodzy! Po co tyle nerwów? Więcej miłości. Kochajmy się - ktoś jednak odważył się zareagować. Wiktoria i Piotrek spojrzeli gwałtownie na Sebastiana, który wyjął ręce z kieszeni na znak tego iż nie chce już dłużej brać udziału w tej wymianie zdań. 
- Możesz przestać się czepiać mojego wyglądu? 
- Nie, bo pani McKagan wygląda ładnie w tej bandanie - Piotrek uśmiechnął się. 
- Oo, teraz pani McKagan, jeszcze dwie przerwy temu byłam porównywana do Axla Rose'a! Zdecyduj się, bo jeszcze za chwilę uznasz, że moje już nie dość oszałamiająco piękne włosy są kręcone jak włosy Slasha. 
- Akhm.. 
- Czego?! - odezwali się oboje natychmiast. 
- Piotrze i Wiktorio. Wasza wymiana zdań do niczego nie prowadzi. Za chwilę przyprowadzę wam tu eksperta od jakości włosów i ona rozstrzygnie ten spór. Obstawiam, że za chwilę, na matematyce Wiktoria będzie potrzebować twojego jakże rozwiniętego mózgu, do rozwiązania specyficznych równań algebraicznych, więc tak, czy siak na następnej przerwie znów będziecie dobrymi kumplami! - Sebastian z triumfem na twarzy oddalił się po Baltiego [ową dziewoję, która jest ekspertem od jakości włosów]. 
- Tak w sumie, to... 
- Nie zaczynaj! - Wiktoria dość już rozwścieczona uniosła rękę, spoglądając swoimi zielonymi oczyma na dupę Sebastiana, zdążającą w kierunku siedzących po przeciwnej stronie korytarza dziewczyn. 

          - Włosy Wiktorii? - Baltie jakże szybko zorientowała się o co chodzi. 
- Tak, znów nastąpiła ostra wymiana zdań między tymi nastolatkami. 
- Białowłosy mężczyzno, dlaczego używasz tak wyrafinowanego słownictwa? - zaśmiała się Natalia siedząca obok. 
- Przygotowuję swoją dykcję do przedstawienia. Akhm.. Be, or not to be! 
- Twój englisz powala na łopatki – zbliżająca się pani McKagan poklepała kolegę po ramieniu – Nie bierz udziału w tej szopce, błagam – zwróciła się do blondynki.
- Ech, ty hevy-metalu – Baltie machnęła ręką – Przynajmniej masz ładną bandanę.
- A nie mówiłem, że ci w niej ładnie?! – Piotrek dźgnął koleżankę w żebra.
- Zauważ, że ona nie powiedziała, że mi ładnie. Powiedziała, że mam ładną BANDANĘ.
- I widzisz, za to cię wszyscy lubią. Jesteś konkretną dziewczyną! – Baltie uśmiechnęła się szeroko, a siedzące przy niej dziewczyny zaczęły jej wtórować.

          Tak przy okazji. Był to początek roku szkolnego. Początek trzeciej i ostatniej klasy gimnazjum. W takim składzie już raczej się nie spotkają. Dziewczyna, zwana Wiktoria jest zielonooką, wysoką, czarnowłosą dziewczyną, słuchającą szeroko pojętego metalu. Wyznaje dewizę: „The truth is out there” oraz „Everybody lies”. Jest osobą bardzo lubianą w klasie, głównie ze względu na swój charakter. Piotrek natomiast… Cóż, jego też lubią, ale w głównej mierze dziewczęta. Tak, jest wysokim, przystojnym, długowłosym, ciemnym blondynem. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ma włosy dłuższe od swojej przyjaciółki. Sytuacja miała miejsce tuż przed lekcją matematyki, gdzie nauczyciel wyżywał się na nie dość już zniszczonych mózgach klasy 3 „f”.

          - Pani z bardzo ładną bandaną proszona jest do odpowiedzi – Łysy uśmiechnął się łaskawie do dziewczyny.
- Ale jest początek roku szkolnego… Z czego więc mam odpowiadać? Może tak odpuśćmy sobie pytanie?
- Wystarczyło powiedzieć, że jesteś nieprzygotowana do lekcji. Siadaj. Masz tydzień na poprawę świeżej pały.
Dziewczyna siadła na krześle, przy Piotrku. Tamten tylko błaganie spojrzał w sufit. Oczywistym było, że Łysy już od dawna chciał dokopać Wiktorii, a początek roku szkolnego jest najlepszym z momentów na dokonanie tego czynu. Zielonooka wyróżniała się w tłumie [nie tylko poprzez chodzenie w bandanach]. Charakter i styl bycia wyróżniały ją ponad wszystko. Naginała reguły, a to boli tak idealnych nauczycieli, których przykładem może być mężczyzna po pięćdziesiątce z idealnie wypolerowaną łysinką na głowie.

          - Nawet nie powiedział ci z jakiego zakresu masz się przygotować.
- Baltie, przecież dobrze wiesz, że jemu nie chodziło o moje nieprzygotowanie. Jakoś tych cholernych plastików nie ośmielił się czepiać!
- Nie bulwersuj się tak, bo dostaniesz zmarszczek na czole – Mistrzyni [wychowawczyni klasy 3 „f”, polonistka] poklepała nastolatkę po plecach.
- Dobry – odezwali się zgodnym chórem siedzący na parapetach młodzieńcy [ugh… mój zacny język].
- Bry… To cóż się stało Wikusiu? – uśmiechnęła się przekładając dziennik do drugiej ręki, by móc sięgnąć po kubek z kawą przyniesiony przez pierwszoklasistę.
- Nie, no nic się nie stało – zawstydziła się.
- Łysy znów pytał bez potrzeby?
- Tak.
- Nie przejmuj się. On ma takie swoje odpały. Zupełnie tak jak ty i Aśka na lekcji. Uśmiechnij się. Pociesz się myślą, że za niedługo opuszczasz tę szkołę.
Zadzwonił dzwonek, a nauczycielka odsapnęła ciężko i pomaszerowała dalej korytarzem.
- Ona jest świetna – Baltie nie kryła zdumienia na twarzy.
- Tak.
- Twój zasób słownictwa potrafi dobić człowieka.

          Następna lekcja minęła młodzieży w miarę możliwości. Na zewnątrz panował wczesnojesienny upał, a w środku budynku nie było lepiej. Wszyscy chodzili w bluzkach na ramiączkach, a niektórzy gracze piłki nożnej zdecydowali się zaufać swojej pamięci i grać bez koszulek oraz szarf. Aśka szturchnęła Wiktorię w żebro.
- Czego?
- Idziemy dzisiaj gdzieś?
- Masz jakieś konkretne miejsce na myśli?
- Bibliotekę, księgarnię i naszą kawiarnię. Co ty na to? – Aśka uśmiechnęła się.
- Chętnie – odwzajemniła uśmiech nabywczyni nowej bandany.
- Ostatnio chodzisz przybita. Coś się stało?
- Brat ma problemy…
- Teraz pytanie: który?
- Tak w zasadzie, to obaj. Młodszy w szkole, starszy… Y, no nie wiem do końca gdzie, ale w jego pracy.
- Mogę ci jakoś pomóc?
- Nie… - Wiktoria znów wróciła do stanu zamyślenia, a tamta blond włosa dziewoja postanowiła jej z niego nie wyrywać.
Siedząc na lekcji fizyki można było zauważyć, że okna znajdują się po obu stronach sali, a każda ławka mieściła po trzy osoby.
W pierwszej ławce od biurka nauczyciela [po prawej stronie] siedział pupilek Godżilli, Pyrek - klasowy geniusz, oraz pewien nieprzewodzący żadnych sensownych myśli plastik. Następnie ławkę zajmowała lafirynda [o imieniu Łukasz], oraz kolejne dwa plastiki. Dalej Piotrek, Sebastian i Baltie. Wiktoria siedziała w najbardziej oddalonej ławce od paszczy lwa [dinozaura!], taka skrytka przed niechcianymi wyziewami… Najlepsze w tym wszystkim było to, że bez względu na to co się działo w klasie, wina zawsze spadała na tę czarnowłosą osóbkę, jako na pełniącą rolę przewodniczącego klasy. Poza tym: żadnych zarzutów do pełnienia takich funkcji. Mianowicie:
1) Zwalnianie z poszczególnych lekcji.
2) Fory u [niektórych] nauczycieli.
3) Dostęp do radiowęzła.
 Czegóż chcieć więcej? Jeszcze jak się trafiła jakaś akademia, to można było zgarnąć ciacho, czy jakiś dobry sok pomarańczowy, ewentualnie herbatę. 
   
/ To tak: chciałam dodać, że nie mam pojęcia jak powinno nazywać się to opowiadanie, więc jak na razie podaję tytuł wstępny C: może on ulec zmianie. 
          

2 komentarze:

  1. TAK. To jest to, mój geniuszu genialny. Czekam na dalej. I chętnie przygarnę kawałek twojej weny. Nogę czy cóś.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mogę oddać Ci coś bardziej zgrabnego :))

    OdpowiedzUsuń