wtorek, 10 września 2013

"The Adventures Of Captain Spencer"

          - On mnie pocieszał! - wydarła się do telefonu.
- Tak, rozumiem twoją fascynację, ale nie zauważyłaś czegoś?
- Niby czego, panie Piotrze?
- Tego, że on mógł sobie pomyśleć, że przez to pocieszanie cię odkupi swoje winy i krzywdy wyrządzone lata temu.
- Ee… Możliwe.
- I co? Zaczyna się przemieniać w coś przypominającego człowieka? – z ironią zapytał chłopak.
- Nie mów tak! I tak, wyczuwam twoją ironię, nawet w rozmowie telefonicznej.
Na chwilę zapadła między nimi cisza, przetykana co chwilę oddechem rozmówców.
- Masz dzisiaj trening? – zapytał Piotrek z przesadną troską.
- Tak, idziesz ze mną? – uśmiechnęła się do ekranu.
- Żeby znów zbierać bęcki?! – stanęła mu przed oczyma wizja zakrwawionej maty, poobcieranych łokci i kolan. – Ee, wiesz, może ja zostanę w domu, a jak będziesz wracać, to do mnie wpadniesz, co ty na to?
- NIE! Idziesz ze mną na trening, a później idziemy do Aśki, żeby wybić jej z głowy Dominika.
W odpowiedzi usłyszała tylko cichy jęk przyjaciela.
- No, to będę pod tobą za pięć minut.
- Co?! Tak szybko?
- No chyba mi nie powiesz, że jest to problemem dla chłopaka twojego pokroju…
- SŁYSZĘ SARKAZM! Muszę…
- Uczesać włosy, prawda?
- Też. 

- Plus schowanie Sashy Grey w szafie, to… Dodatkowe dwie minuty. 
- Wiesz jak brzmi sygnał zakończonej rozmowy telefonicznej?
- Nie, możesz mi go przybliżyć, będę za pięć minut, serwus!
 
          Dwoje nie zawsze wspaniałych szło w kierunku hali sportowej, kiedy nagle zza rogu wyskoczył Michał, trzymając w rękach coś, co przypominało zegar ścienny z kukułką.
- Te, młody! Cześć się mówi, czyż nie? – skarciła brata.
- Nie jest za późno na dobre wychowanie? – Piotrek podniósł lewą brew.
- Nie przerywaj mi, jak udzielam reprymendy braciszkowi!
- Ee, Wika, weź to – Michał wręczył jej do rąk coś, co od dłuższego czasu trzymał już przy sobie.
- Co to do diabła jest?! – wykrzyknęła na środku chodnika. Małe i drewniane drzwiczki przy zegarze otworzyły się i ze środka wysunęła się główka ptaka. – No chyba kurwa nie. Skąd ty to wziąłeś?
- Pożyczyłem…
- Ukradłeś?!
Cisza.
- Pytam, czy to ukradłeś?! Po jakie Chiny?! Upadłeś na głowę?!
- Ej, ciszej, dobrze? – Michał odezwał się w końcu. 
- Siostra i ojciec alkoholicy, więc dlaczego ja nie mogę być złodziejem?! - Zabolało ją to. Zaczerwieniła się. Spuściła głowę. Włosy opadły jej na ramiona i obojczyki. Zacisnęła dłonie w pięści i skoczyła w kierunku brata, po drodze wręczając zegar Piotrkowi.
- Nikt, ale to nikt nie nazwie mnie alkoholiczką. To po pierwsze. Po drugie: rozmawiałeś z ojcem? Wątpię. 

Porozmawiaj sobie z nim i sam osądź jaki jest jego stan psychiczny. Po trzecie: albo jesteś odważny, albo bardzo głupi, że to ukradłeś. Kradzieże są karalne. Poza tym jak brzmi jedno z przykazań?
- Ateistka się odezwała… - wtrącił Piotrek.
- Nie przerywaj mi, to że przestudiowałam Biblię i nie chodzę do kościoła wcale nie musi oznaczać, że nie wierzę w „Boga”. Słucham, Michał…
- Nie kradnij. I co?! Mam teraz biec do kościoła, żeby się wyspowiadać?
- Zrobisz co uważasz za słuszne. Zegar oddać na pewno musisz. Poza tym, to co ty byś z nim zrobił? Idź już. – klepnęła go w policzek, a Piotrek oddał mu drewniane pudełko.

          Skóra delikatnie dotknęła jej prawego policzka. Wydawać by się mogło, że atomy tych dwóch ciał łączą się ze sobą tylko dlatego, żeby jedno z nich po chwili padło pod wpływem nokautu. Wiktoria upadła na matę, z przymkniętymi oczami. Piotrek położył na niej nogę w geście triumfu.
- Ty pizdo! - ryknęła na niego z uśmiechem - Jedyny nokaut, który ci wyszedł. W dodatku na mnie. Złaaź!
Piotrek odsunął się na bok i w tym momencie zobaczył trenera płci piękniejszej, który już od dłuższej chwili przyglądał się temu z rozbawieniem.
- Ee! Młoda, zdolna! Okres ci się zbliża, że tak klniesz na biedaka?
- Każda okazja jest dobra do pokrzyczenia na mężczyznę - odkrzyknęła, stanąwszy na nogach.
- Zostałem nazwany mężczyzną... Powinienem zacząć się bać? - chłopak zauważył tą nagłą zmianę tonu koleżanki.
- Radziłbym wam spadać. Wika wie dlaczego...
- Pod prysznic, Ty... - nie dokończyła patrząc na brwi trenera - Ty... męski odpowiedniku kobiety lekkich obyczajów!
Okruszek tylko na nią spojrzał, odwrócił się i zakasłał, dusząc śmiech.

           Rozdzielili się przed szatniami. Dziewczyna pomaszerowała w zwrocie wyznaczonym przez poziome strzałki, wiszące leniwo na ścianach. Zabrała ręczniki z szafki i weszła pod prysznic. Stojąc pod mocnym strumieniem wody, pozwoliła by kłęby pary oplotły ją dookoła. Przestała na chwilę myśleć o wszystkich problemach, które wbijały się jej w głowę jak metalowy jeż, który pragnie wwiercić jej to co najgorsze. Z zamyślenia wyrwały ją krzyki Piotrka.

          "Pizda... Ja jej dam pizdę... Ona ma pizdę... Kuźwa, o czym ja myślę!" - Piotrek w świeżych ubraniach czekał pod wyjściem z szatni dziewcząt. Zadowolony ze swojego nokautu, zaczął szukać kumpeli.
- Jesteś! - krzyknął do niej, kiedy owinięta w ręcznik wyszła spod pryszniców. Mokre włosy wystawały jej spod ręcznika. Ładnie zaokrąglone ramiona ukazywały obojczyki. Lewą ręką trzymała ręcznik w połowie talii.
- Jestem, ty łosiu, ale przecież nie pójdę do domu w ręczniku...
- A, faktycznie... - Piotrek nie ogarnął całej sytuacji, ale ciężko mu się dziwić. Teraz nie ramiona Wiktorii były najważniejsze.

/Dziękuję Rudemu. Dziękuję Morrisonowi. Przepraszam wszystkich. Zizu.

piątek, 2 sierpnia 2013

"The adventures of Captain Spencer's Daddy"

          Kiedy dowiedziałem się,  że za drzwiami stoi moja córka w pierwszej chwili pomyślałem, że są to jakieś kpiny. Ale zanosiło się na to,  że to faktycznie mój rozbójnik. Zacząłem sprzątać w pokoju, bo panował tu naprawdę burdel. Taki sam miałem stan umysłu. Podniosłem się z łóżka. W ciągu tych kilkudziesięciu sekund w oczach stanęły mi wydarzenia z tamtego dnia. Z 15 sierpnia.

          Prowadziłem wtedy własny biznes, duży warsztat samochodowy. Zatrudniałem kilka osób, interes dobrze się kręcił, trzymałem wszystko twardą ręką, na brak klientów i kasy nie narzekałem. A że moja robota wymagała nerwów i stałej uwagi, no to cóż w tym dziwnego było, że pod wieczór wpadałem do baru na szklaneczkę albo dwie. Stać mnie było, za swoje piłem, odstresować  się musiałem.
         Tamtego wieczoru nadzwyczaj w świecie przeholowałem…
         Nie podobało się to moje popijanie córce, synom i matce, wiadomo, jako kobieta  zawsze znalazła powód do burczenia. A, że ja nie pozostawałem jej najczęściej dłużny, więc awantury były u nas na porządku dziennym. Co mi tam matka miała jeździć po głowie, ja utrzymywałem dom, na wszystko sam robiłem, potomstwo kształciło się, więc nie miała się czego czepiać.
          Ale ona wymyślała mi od pijaków, spokoju nie dawała, gdy wracałem wieczorami, to za swoje dostawała. A chłopaki, zamiast za ojcem murem stanąć, to babki bronili, ale najbardziej broniła jej Wika. I wtedy też naurągała mi, gdy trochę bardziej niż zwykle nietrzeźwy wróciłem, bo ważny powód miałem, interes dobry z kumplem opijałem. Późno do domu przyszedłem, fakt, ale Wika przyszła jeszcze później. W dodatku też pijana. A ja chciałem się spokojnie w pościeli położyć i odpocząć. Matka nad uchem zaczęła te swoje stare śpiewki, no to odepchnąłem ją, może trochę za mocno, rzeczywiście. Ale pijany byłem przecież, nie wiedziałem sam co robię.
          Na moje nieszczęście Wiktoria akurat wtedy na mnie spojrzała.
          Jej zielone oczy zapłonęły ze złości. Nagle przerodziła się w kocicę, gotową do rzucenia się na mysz. Podskoczyła do mnie, ręce do tyłu wykręciła i prawie mną rzuciła o ścianę, krzycząc, że damski bokser jestem i babki nie pozwoli ruszyć. A jak jeszcze raz ją tknę, to da mi po gębie tak, że tydzień będę z fioletowymi oczami chodził.
          Przecież nie mogłem pozwolić, żeby córka tak mnie szanowała, no i wypędziłem nyguskę z domu. Niech idzie, niech zakosztuje życia na ulicy, jak jej źle w ojcowskim domu. Opamiętałem się dopiero następnego dnia, gdy zobaczyłem jak moja matka rozpacza w kuchni.
- Dziecko z domu przepędziłeś, na zatracenie – chlipała, gdy zapytałem o co beczy. – A wiesz jaka Wiktoria honorowa jest, ona do domu już nie wróci.
- Jak zgłodnieje i zmarznie, to wróci, spokojna głowa – odparłem nalewając sobie mleka do kubka, bo kac mnie męczył straszliwy. – Nie rycz matka, zobaczysz, wróci jeszcze przed nocą.
          Ale Wika nie wróciła do domu ani tego dnia, ani następnego. W tym czasie wydało się, że w moim domy byli dwaj alkoholicy. Matka rozchorowała się z żalu za wnuczką, a synowie czuli się winni odejściu siostry. Skoro gówniara się zawzięła, to co ją będę na siłę do domu sprowadzał. Od tamtego czasu nie widziałem jej ani razu. Pod moją nieobecność zabrała swoje rzeczy i odwiedziła babkę.
          Gdy wracałem pewnego dnia do domu, pod domem stał ambulans ratunkowy, nie na sygnale. Wiedziałem co się stało. Wbiegłem do środka, do pokoju mojej mamy. Zastałem tam Wiktorię, płaczącą przy zimnym już ciele babci. Podszedłem do niej i chciałem przytulić… pocieszyć, ale odepchnęła mnie. Spojrzała w moje oczy. Zobaczyłem w nich gniew, nienawiść, ale też wielki ból, z powodu utraty kochanej osoby. Początkująca bokserka przeszła obok mnie i wyszła z pokoju. Zobaczyłem ją wtedy ostatni raz.
          Zrozumiałem swoje błędy, bla, bla, bla. Zamknąłem się w pokoju matki. Od odwiedzającego mnie Bartka dowiedziałem się, że Wiktoria wróciła do domu, ale zrobiła to tylko dla młodszego brata, gdyż uznała, że jej potrzebuje. Ani razu do mnie nie przyszła. Mnie zaczęła zżerać choroba psychiczna. Rzekomo… Ale tak to jest ufać doktorom.
          Teraz ona stała tam przy drzwiach i patrzyła na mnie swoimi zielonymi oczyma.


"The adventures of Captain Spencer"

          - Ona aż tak bardzo kocha tego całego Dominika? – chłopak zapytał Wiktorii, która przeglądała coś w telefonie.
- Tak. Jest w jej typie. Wysoki, umięśniony, półgłówek, posiadający oszałamiający uśmiech i niebieskie oczy.
- A ty? Kochasz kogoś?
- Co? – Wiktoria została wyrwana z zamyślenia.
- Zapytałem, czy kogoś kochasz.
- Wiesz… Kocham sport, który uprawiam… Ale „kochanie” to określenie takie, ee, nijakie. Uważam, że to słowo nie określi tego uczucia, którym darzymy daną rzecz. Mogłabym powiedzieć, że kocham moją mamę, ale skłamałabym. Nawet jej nie pamiętam.
- Dobra, nie rozklejaj się teraz.
- A ty?
- Co ja?
- Kochasz kogoś?
- Wiesz ostatnio się przejechałem na Mai… Znaczy się - zawiodłem.
- Chłopie, face up!! – objęła go ramieniem – Ona nie zasługiwała na ciebie.
- Pocieszyłaś mnie jak Harris i Dickinson Nicka. Zmienimy temat?
- No, okey. O czym chcesz porozmawiać w tej jakże zajmującej drodze na Mordor?
- O twoich włosach…
- Nie zaczynaj, bo dostaniesz tak jak Sebastian – i w geście przyjaźni poczochrała jego włosy.
Swoją drogą widok dwojga nastolatków na mieście był dość oszałamiający. Wyobraźcie sobie tylko: dwójka długowłosych metali, trampki na nogach, plecaki niezdarnie zarzucone na ramiona, bandana [u jednej] we włosach. W dodatku co chwilę skaczących sobie do gardła. Nic tylko stanąć im na drodze i upomnieć w drodze zdrowego rozsądku.

         

           Wiktoria weszła do domu. No, to jest za dużo powiedziane. Weszła do pomieszczenia, które graniczyło jedną ścianą z jej prawdziwym bunkrem. Farba łuszczyła się na ścianach. Żal było patrzeć, że coś takiego mieści się w bardzo dobrze wyglądającym z zewnątrz budynku. Brązowe drzwi, umieszczone na końcu tego „przedsionka” oznaczały dla dziewczyny spokój, ukojenie i wewnętrzną harmonię. To dziwne ileż można wyczytać z tej zwykłej rzeczy. Ze zwykłych, drewnianych, dużych drzwi. W wielu wierzeniach oznaczają one różne rzeczy. Rzekomo, łóżko na którym się śpi powinno być tak ustawione, aby nasze dusze nie mogły uciec poprzez nasze stopy i wyjść przez te drzwi. Wiktoria lubiła je. W końcu był to mahoń. Ale nie o tym teraz.
          Zdjęła buty i przekroczyła granicę świata rzeczywistego. Znalazła się w pomieszczeniu, które na pierwszy rzut oka, przypominało zwykłą kuchnię. Tak rzeczywiście było, lecz to nie była zwykła kuchnia. To kuchnia pani Mareckiej. Tego dnia zielonooka przeszła obojętnie przez ten pokój i po raz pierwszy od bardzo dawna naszła ją ochota, by sprawdzić co się dzieje z jej ojcem. Parkiet skończył się. Pod stopami pokazały się cegły, pył, chyba nawet zaprawa murarska. Stanęła przed kolejnymi drzwiami. Te były dużo mniejsze od tych wejściowych. Biały lakier schodził płatami z ich potarganej powierzchni. Klamka wypadała z przeznaczonego dla niej miejsca. Klucz w dziurce, sugerował, że ojciec nadal siedzi w środku, zamknięty w sobie, nie życzący sobie niczyjej pomocy. Zawahała się. Zapukać, czy też nie. Jak zareaguje na nią, po jej ostatnim, wakacyjnym wybryku? Zazwyczaj to Bartek interesował się ojcem. Jako pierworodny syn miał też u niego ulgi, w postaci bycia najbardziej kochanym. Jej ręka powędrowała w kierunku rzeczy, która oddzielała ją od wspomnień z dzieciństwa. Chwila zastanowienia… Jednak zapukała.
   
          Ze środka dobiegło ciche „nie, Bartku, odejdź”.  W oczach dziewczyny pojawiły się łzy. Uśmiechnęła się mimo nich.
- Tato… To nie Bartek, to ja, Wika…
Ze środka dobiegło szuranie krzesłem, skrzypienie drzwi od szafy, szybkie krzątanie się ojca po pokoju. Przesunął zasłony, by wpuścić trochę światła do środka. Siadł na łóżku, zadowolony ze swojej pracy.
Dziewczyna przekręciła klucz w zamku. Uśmiechnęła się jeszcze bardziej, gdyż dostrzegła, że do końca klucza jest przyczepiona cienka nitka. Jednak ojciec wychodził poza ten swój świat natchnionego poety. Nacisnęła klamkę i popchnęła drzwi do środka.

          Zdjęła bandanę z głowy i omiotła pokój spojrzeniem. Ściany, podłoga… Wszystko nie zmieniło się od czasu mieszkania w tym pokoju jej babci. Zasłony, szafa, biurko. Kurz unosił się wszędzie. Przez uchylone drzwi balkonowe do środka wpadało jesienne słońce.
Wiktoria znalazła postać ojca, owiniętą w szlafrok, z rozpuszczonymi, długimi, białymi włosami. Jego zielone oczy świdrowały jej duszę. Nie widział swojej córki od ponad miesiąca. Włosy urosły jej odrobinę, nie zmieniły jednak swojego czarnego koloru. Schudła. Zmieniła się. Bardzo. Odwrócił na chwilę wzrok i spojrzał w okno, na drzewo, którego gałęzie sięgały balkonu.
- Wiesz. Po tych gałęziach spokojnie można by tutaj wchodzić, bez większego wysiłku.
Wiktoria spojrzała na niego ze zdziwieniem. Co Bartek mu zrobił?!
- Naprawdę chciałbyś rozmawiać ze mną o gałęziach na zewnątrz? – zapytała.
Ojciec tylko westchnął.
- W zasadzie.. To tak. A o czym chciałabyś porozmawiać z ojcem, który jako alkoholik nie ma zbyt wiele do gadania?
Dziewczyna odruchowo zaczerwieniła się. Przypomniał się jej sierpniowy wieczór, w którym to alkohol grał główną rolę.
- Złagodniałaś. Ten trener ma na ciebie dobry wpływ, a może tylko mi się wydaje.
Cisza. Otaczała ich teraz niczym ciemna powłoka, nie dająca oddychać. Patrzeli tylko po sobie. Ciche westchnienie wyrwało się z ust Wiktorii.
- Przepraszam… - odezwał się w końcu jej ojciec.
- Wiem co się z tobą działo, podczas, gdy nie było mnie w domu. Podobno, że przestałeś pić…
- Wiesz, ta stara pokręcona staruszka jednak miała na mnie dobry wpływ. Poza tym jestem to winny twojej matce.
W Wiktorii się coś przełamało. Nagle to, co skrywała w sobie od prawie miesiąca chciało wyjść na świeże powietrze. Albo była odważna, albo bardzo głupia.
- Ciągle mam do ciebie żal… - zaczęła cicho. Powoli stawiała kroki ku swojemu ojcu, układając ręce w pięści – O to, że piłeś… Że znęcałeś się nad babcią… Że miałeś gdzieś to co się dzieje z twoimi dziećmi…
- Ale… - przerwał jej ojciec.
- I nie! Nie zrzucaj wszystkiego na śmierć mamy! – niebezpiecznie skoczyła ku niemu, ale chwilę później opuściła głowę i spuściła wzrok. Ścisnęła mocniej dłoń tak, że jej knykcie zrobiły się białe.
- Wiktoria, wiem, że nie jest ci łatwo… - zaczął, lecz do niej już nic nie docierało. Odkąd weszła do tego pokoju jak fala uderzyły w nią wspomnienia. Sam zapach w tym pokoju nie zmienił się od końca sierpnia, tylko lokator został wymieniony na młodszego.
          Ojciec dostrzegł nagłą zmianę w jej zachowaniu. Stała się jak kocica, walcząca o terytorium. Pewna siebie, ale zarazem nieugięta i pełna kobiecego wdzięku.
- Posłuchaj. Na wierzchu naszej skóry znajduje się martwa warstwa. To niesamowita rzecz… - urwał, po czym spojrzał na córkę. Otwarła zielone oczy, które teraz spoglądały na niego spod kosmyków czarnych włosów. – Górna część skóry obumiera i złuszcza się, chroniąc nas w ten sposób przed infekcjami. – Potarł wierzchem jednej ręki o drugą, dla zobrazowania swoich słów. – Bakterie, albo zarazki osiadają na nas, ale nie mogą zatrzymać się na dłużej. Więc teraz część ciebie obumiera jak stary naskórek. To może trochę potrwać, ale w końcu umrze, by cię uratować. Następnym razem będziesz trwalsza i wytrzymalsza. Pozwól więc temu umrzeć i żyj dalej.
Wiktoria usiadła z wrażenia. Nie wiedziała, że jej ojciec jest zdolny do sklecenia tak pocieszającego tekstu. Ten sam bydlak, co wieczór chodzący na czworakach teraz starał się ją pocieszyć i musiała przyznać, że naprawdę mu się udało.
- Tak… - odparła cicho i podeszła do balkonu, by spojrzeć na gałąź, zwisającą tuż nad balustradą.


czwartek, 11 lipca 2013

"The adventures of Captain Spencer"

          Wracając do trzeciego punktu, wyżej wymienionego. KAŻDA, dosłownie, każda osoba, uczęszczająca do tego gimnazjum wiedziała, że na przerwie z Wiktorią nie da się nudzić. Oczywiście, jeśli był jej dyżur. Tego dnia był. Akurat ostatnio przeprowadzała ankietę na temat muzyki słuchanej przez gimbusowate nastolatki [sama się do nich zaliczała] i nie była zawiedziona wynikami. Pierwsze klasy – pogratulować. Same te dziewczyny od Bibera [nie umiem napisać ich nazwy], ale mówi się trudno. Wśród chłopców górował rock, no ale kuźwa, jak można uważać, że ulubionym zespołem jest Nirvana, ale ona nie żyje?! „Ulubiony zespół: Nirvana, ale nie żyje.
Ech… Nóż się otwiera w kieszeni. Wśród klas drugich: disco polo. Huhu! Któżby się spodziewał? No, a klasy trzecie… I tutaj pojawiał się pewien bardzo widoczny podział. Pomiędzy grupą normalsów i grupą tworzyw sztucznych, niezaliczających się do którejś z powyższych kategorii. Najlepsze było to, że tworzywom sztucznym przewodził autorytet z klasy 3 „d”. Nie zawiodła się, ponieważ takich wyników się spodziewała.

          Weszła do pomieszczenia, w którym całe ściany pokryte były podpisami poprzednich użytkowników radiowęzła. „STRADLIN” wyróżniało się spośród całej reszty. Jako jedyne napisane było lewą ręką. W mańkutach siła!
Dziewczyna usiadła przy maszynie, która rzekomo uruchamiała wszystkie głośniki, ale tak naprawdę nikt nie wie co, jak, gdzie i kiedy.
Telefon podłączony do aparatury, lista odtwarzania wyświetlona. On air.
- Ekchm.. – zakaszlała do mikrofonu – Serwus wszystkim. Jak wiecie, dzisiaj jest dzień z Stradlinową play listą. Jak już podawałam wcześniej informacje, wiecie z czym będziecie musieli się męczyć przez te dziesięć minut trwania przerwy. Black Sabbath i Paranoid. Pozdrawiam nauczycieli – uśmiechnęła się szeroko i wcisnęła play. Wszystkie korytarze przeciął riff Iommi’ego i śmiech młodocianych.

          - Ee, Stradlinowa żono!
- Czego?!
- Jak leci? – Bartek wszedł do środka i zajął miejsce przy siostrze. Po chwili Piotrek i Aśka również tam siedzieli.
- No to nie jest najgorzej – uśmiechnęła się. Sebastian wparował do pomieszczenia.
- Nie wiecie co się stało!
- Jeśli masz zamiar opowiadać nam o tym, że ktoś sobie złamał paznokieć starając przyciszyć głośniki, to WYJDŹ! Tam są drzwi – Aśka wskazała mu obiekt przeznaczony do oddzielania prywatności dla niektórych ludzi.
- No nie o tym chciałem powiedzieć… Więc słuchajcie. Nasz Łukaszek poszedł do wychowawczyni.
„Ee, i??” – taki był wyraz twarzy znajdujących się w środku osób.
- Opowiedział jej o akcji, która zdarzyła się na matmie.
- O kuźwa… - Wiktoria wstała i podeszła do Sebastiana – Jak cię zaraz trzepnę.
- Pamiętaj, prawą ręką! Prawą! Nie chcemy później zbierać jego zębów z sufitu – brat odezwał się do niej.
- Ale, że za co?!
- Myślisz, że obchodzi nas ta lafirynda?
- Ciebie… - sprostował Piotrek.
- Dobra, mniejsza o to.
- Ale ty nie wiesz jeszcze najlepszego. Mistrzyni jest na ciebie wściekła.
PLASK! Nadawczyni tego ciosu sama się zdziwiła, że aż tak mocno mogła mu przywalić.
- Ty kłamco… Rozmawiałam z nią. Wcale tak nie powiedziała.
- Chciałem powiedzieć, że Łukasz musiał ją okłamać… - wytłumaczył rozcierając czerwony policzek.
Paranoid zakończyło swoje rozbrzmiewanie w głośnikach.
- Stonesi – krótko rzuciła Aśka przez mikrofon.
- To ja już pójdę… Młoda, do zobaczenia w domu – rzekł do niej, ale tamta była za bardzo zajęta Sebastianem, zamartwiającym się o swój policzek.
- Wiesz, że nie chciałam tak mocno.
- Poniosło cię i tyle. Nie ma sprawy.
- Wiecie, ale ta informacja była taka… Nieważna, nic nie znacząca. Wiktoria podejdź tu – Piotrek poprosił przyjaciółkę do siebie.

          - Piłaś?
- Co? Nie. Skąd ci to przyszło do głowy?!
- Bo znam cię już od dobrych kilkunastu lat. Nie przejmowałabyś się tak tym gdybyś była sobą.
- Nie piłam już od sierpnia, jeśli chcesz wiedzieć – wyszeptała mu prosto w twarz.
- Wiesz, że tylko ja o tym wiem! I nie pozwolę ci się zmarnować!
- Piotrek, niby w czym miałabym się zmarnować?
- W byciu sobą.
- Nadal jest czerwony? – Sebastian zapytał Aśki. Ta podeszła do niego.
- Wiesz, na twojej albinoskiej skórze wszystko jest bardzo widoczne… Ale kolorku już nie ma – poczochrała jego białe włosy, wolne od barwnika.

          Zadzwonił dzwonek oznajmiając początek języka polskiego.
- Wiktoria, podejdź no tu – wychowawczyni zawołała zielonooką.  Dziewczyna wiedziała już o co chodzi, więc wychodząc z radiowęzła przez przypadek uderzyła drzwiami przechodzącą tamtędy lafiryndę. – Pomóż mi w wymierzeniu kary dla Łukaszka. Nasz kłamczuszek musiał dzisiaj nieźle się napracować, żeby wymyśleć taką historyjkę na twój temat – uśmiechnęła się, a jej oczy błysnęły sponad okularów.
- Tak… Ale wie pani. Mam małą prośbę.
- Słucham.
- Nie chciałabym, żeby pani lubiła mnie tylko ze względu na moją sytuację w domu. Chciałabym, żeby pani, jako nasz kapitan zauważyła cechy dominujące u swoich kamratów i ceniła ich za to kim są.
- Ależ moja droga. Ja się kieruję tylko i wyłącznie tym. Nie masz się czego obawiać. Eech.. Nasz Adehadowcu, siądź już do tej ławki, przepraszam cię Wiktorio – uśmiechnęła się i zaczęła uspokajać rozbrykane jak króliki istoty. 

 


/ To tak: chciałam komuś podziękować, ale chyba się z tym wstrzymam. Ale dziękuję Steve'mu. 

czwartek, 20 czerwca 2013

"The adventures of Captain Spencer"

          - Tak swoją drogą, to brzydka nie jesteś. 
- A wiesz, że kłamanie sprowadza cię na złą ścieżkę życiową? - wtrącanie się pomiędzy sprzeczkę tych dwóch osobników mogło zakończyć się nieuniknionymi obrażeniami fizycznymi. 
- Ej, ej. Moi drodzy! Po co tyle nerwów? Więcej miłości. Kochajmy się - ktoś jednak odważył się zareagować. Wiktoria i Piotrek spojrzeli gwałtownie na Sebastiana, który wyjął ręce z kieszeni na znak tego iż nie chce już dłużej brać udziału w tej wymianie zdań. 
- Możesz przestać się czepiać mojego wyglądu? 
- Nie, bo pani McKagan wygląda ładnie w tej bandanie - Piotrek uśmiechnął się. 
- Oo, teraz pani McKagan, jeszcze dwie przerwy temu byłam porównywana do Axla Rose'a! Zdecyduj się, bo jeszcze za chwilę uznasz, że moje już nie dość oszałamiająco piękne włosy są kręcone jak włosy Slasha. 
- Akhm.. 
- Czego?! - odezwali się oboje natychmiast. 
- Piotrze i Wiktorio. Wasza wymiana zdań do niczego nie prowadzi. Za chwilę przyprowadzę wam tu eksperta od jakości włosów i ona rozstrzygnie ten spór. Obstawiam, że za chwilę, na matematyce Wiktoria będzie potrzebować twojego jakże rozwiniętego mózgu, do rozwiązania specyficznych równań algebraicznych, więc tak, czy siak na następnej przerwie znów będziecie dobrymi kumplami! - Sebastian z triumfem na twarzy oddalił się po Baltiego [ową dziewoję, która jest ekspertem od jakości włosów]. 
- Tak w sumie, to... 
- Nie zaczynaj! - Wiktoria dość już rozwścieczona uniosła rękę, spoglądając swoimi zielonymi oczyma na dupę Sebastiana, zdążającą w kierunku siedzących po przeciwnej stronie korytarza dziewczyn. 

          - Włosy Wiktorii? - Baltie jakże szybko zorientowała się o co chodzi. 
- Tak, znów nastąpiła ostra wymiana zdań między tymi nastolatkami. 
- Białowłosy mężczyzno, dlaczego używasz tak wyrafinowanego słownictwa? - zaśmiała się Natalia siedząca obok. 
- Przygotowuję swoją dykcję do przedstawienia. Akhm.. Be, or not to be! 
- Twój englisz powala na łopatki – zbliżająca się pani McKagan poklepała kolegę po ramieniu – Nie bierz udziału w tej szopce, błagam – zwróciła się do blondynki.
- Ech, ty hevy-metalu – Baltie machnęła ręką – Przynajmniej masz ładną bandanę.
- A nie mówiłem, że ci w niej ładnie?! – Piotrek dźgnął koleżankę w żebra.
- Zauważ, że ona nie powiedziała, że mi ładnie. Powiedziała, że mam ładną BANDANĘ.
- I widzisz, za to cię wszyscy lubią. Jesteś konkretną dziewczyną! – Baltie uśmiechnęła się szeroko, a siedzące przy niej dziewczyny zaczęły jej wtórować.

          Tak przy okazji. Był to początek roku szkolnego. Początek trzeciej i ostatniej klasy gimnazjum. W takim składzie już raczej się nie spotkają. Dziewczyna, zwana Wiktoria jest zielonooką, wysoką, czarnowłosą dziewczyną, słuchającą szeroko pojętego metalu. Wyznaje dewizę: „The truth is out there” oraz „Everybody lies”. Jest osobą bardzo lubianą w klasie, głównie ze względu na swój charakter. Piotrek natomiast… Cóż, jego też lubią, ale w głównej mierze dziewczęta. Tak, jest wysokim, przystojnym, długowłosym, ciemnym blondynem. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że ma włosy dłuższe od swojej przyjaciółki. Sytuacja miała miejsce tuż przed lekcją matematyki, gdzie nauczyciel wyżywał się na nie dość już zniszczonych mózgach klasy 3 „f”.

          - Pani z bardzo ładną bandaną proszona jest do odpowiedzi – Łysy uśmiechnął się łaskawie do dziewczyny.
- Ale jest początek roku szkolnego… Z czego więc mam odpowiadać? Może tak odpuśćmy sobie pytanie?
- Wystarczyło powiedzieć, że jesteś nieprzygotowana do lekcji. Siadaj. Masz tydzień na poprawę świeżej pały.
Dziewczyna siadła na krześle, przy Piotrku. Tamten tylko błaganie spojrzał w sufit. Oczywistym było, że Łysy już od dawna chciał dokopać Wiktorii, a początek roku szkolnego jest najlepszym z momentów na dokonanie tego czynu. Zielonooka wyróżniała się w tłumie [nie tylko poprzez chodzenie w bandanach]. Charakter i styl bycia wyróżniały ją ponad wszystko. Naginała reguły, a to boli tak idealnych nauczycieli, których przykładem może być mężczyzna po pięćdziesiątce z idealnie wypolerowaną łysinką na głowie.

          - Nawet nie powiedział ci z jakiego zakresu masz się przygotować.
- Baltie, przecież dobrze wiesz, że jemu nie chodziło o moje nieprzygotowanie. Jakoś tych cholernych plastików nie ośmielił się czepiać!
- Nie bulwersuj się tak, bo dostaniesz zmarszczek na czole – Mistrzyni [wychowawczyni klasy 3 „f”, polonistka] poklepała nastolatkę po plecach.
- Dobry – odezwali się zgodnym chórem siedzący na parapetach młodzieńcy [ugh… mój zacny język].
- Bry… To cóż się stało Wikusiu? – uśmiechnęła się przekładając dziennik do drugiej ręki, by móc sięgnąć po kubek z kawą przyniesiony przez pierwszoklasistę.
- Nie, no nic się nie stało – zawstydziła się.
- Łysy znów pytał bez potrzeby?
- Tak.
- Nie przejmuj się. On ma takie swoje odpały. Zupełnie tak jak ty i Aśka na lekcji. Uśmiechnij się. Pociesz się myślą, że za niedługo opuszczasz tę szkołę.
Zadzwonił dzwonek, a nauczycielka odsapnęła ciężko i pomaszerowała dalej korytarzem.
- Ona jest świetna – Baltie nie kryła zdumienia na twarzy.
- Tak.
- Twój zasób słownictwa potrafi dobić człowieka.

          Następna lekcja minęła młodzieży w miarę możliwości. Na zewnątrz panował wczesnojesienny upał, a w środku budynku nie było lepiej. Wszyscy chodzili w bluzkach na ramiączkach, a niektórzy gracze piłki nożnej zdecydowali się zaufać swojej pamięci i grać bez koszulek oraz szarf. Aśka szturchnęła Wiktorię w żebro.
- Czego?
- Idziemy dzisiaj gdzieś?
- Masz jakieś konkretne miejsce na myśli?
- Bibliotekę, księgarnię i naszą kawiarnię. Co ty na to? – Aśka uśmiechnęła się.
- Chętnie – odwzajemniła uśmiech nabywczyni nowej bandany.
- Ostatnio chodzisz przybita. Coś się stało?
- Brat ma problemy…
- Teraz pytanie: który?
- Tak w zasadzie, to obaj. Młodszy w szkole, starszy… Y, no nie wiem do końca gdzie, ale w jego pracy.
- Mogę ci jakoś pomóc?
- Nie… - Wiktoria znów wróciła do stanu zamyślenia, a tamta blond włosa dziewoja postanowiła jej z niego nie wyrywać.
Siedząc na lekcji fizyki można było zauważyć, że okna znajdują się po obu stronach sali, a każda ławka mieściła po trzy osoby.
W pierwszej ławce od biurka nauczyciela [po prawej stronie] siedział pupilek Godżilli, Pyrek - klasowy geniusz, oraz pewien nieprzewodzący żadnych sensownych myśli plastik. Następnie ławkę zajmowała lafirynda [o imieniu Łukasz], oraz kolejne dwa plastiki. Dalej Piotrek, Sebastian i Baltie. Wiktoria siedziała w najbardziej oddalonej ławce od paszczy lwa [dinozaura!], taka skrytka przed niechcianymi wyziewami… Najlepsze w tym wszystkim było to, że bez względu na to co się działo w klasie, wina zawsze spadała na tę czarnowłosą osóbkę, jako na pełniącą rolę przewodniczącego klasy. Poza tym: żadnych zarzutów do pełnienia takich funkcji. Mianowicie:
1) Zwalnianie z poszczególnych lekcji.
2) Fory u [niektórych] nauczycieli.
3) Dostęp do radiowęzła.
 Czegóż chcieć więcej? Jeszcze jak się trafiła jakaś akademia, to można było zgarnąć ciacho, czy jakiś dobry sok pomarańczowy, ewentualnie herbatę. 
   
/ To tak: chciałam dodać, że nie mam pojęcia jak powinno nazywać się to opowiadanie, więc jak na razie podaję tytuł wstępny C: może on ulec zmianie.