środa, 29 stycznia 2014

"The Adventures of Captain Spencer"

          
Nie bij się - kliknij :)

          Trójka nastolatków szła ulicami miasta. Ludzie oglądali się za śmiejącymi się młodocianymi uciekinierami. Blondyn, czarnowłosa i białogłowy - idealne połączenie. Każdy z nich był inny. Każdy niósł za sobą swoją historię, do której wstęp miał tylko on, na wyłączność. Zaiste, życie nasze jest jak pióro. Pod wpływem czynników zewnętrznych unosi się w górę, jeżeli zaś będzie ich brak - opadamy. Potrzebujemy czasami czegoś z zewnątrz, żeby tak ruszyć do przodu, do góry, w bok. Gdziekolwiek.
- To jak już tam dojdziemy, to co będziemy robić? - zapytał Sebastian.
- Będziemy pływać.
- Jesteś pewna?
- Jak na wrzesień jest na serio ciepło, więc dlaczego nie? - Wiktoria uśmiechnęła się do niego i czując zmieniającą się nawierzchnię pod podeszwami, zdjęła trampki razem ze skarpetkami. Schowała je do plecaka, zarzuciła go na oba ramiona. Zerwała się do biegu. Ledwo dotykała stopami piachu. Wbiegła na otwartą plażę, zatrzymała się. Ogarnęła wzrokiem morze. Rzuciła plecak na piasek. Słońce świeciło jej w twarz. Szybkim krokiem przeszła kilka metrów i stąpając stopami już po mokrym piasku czekała na nadchodzącą falę.

          - Ona jest popierdzielona.
- Nie, to się nazywa desperacja. A to, co my robimy w tym momencie, jest nazwane mianem "przyzwalacza". Kojarzysz? - Piotrek z zamkniętymi oczyma, leżąc odpowiadał koledze.
- Powinienem?
- W zasadzie to nie. Widzisz... Osoba, która się pogrąża jest tak jakby wspierana przez bliskie jej osoby, ponieważ ją kochają i chcą dla niej jak najlepiej. Mnie chodzi o to, że Wika jest naszą przyjaciółką, więc nie dbamy o to, czy jest na lekcjach, czy jej nie ma. W dodatku wychodzimy razem z nią. Staliśmy się wyższego poziomu przyzwalaczami. Ona ma depresję - chłopak podniósł się do pozycji siedzącej - boję się o nią.
- Wódka. Wódka jest dobra. Wódka nie ma zapachu... - Sebastian pochylił głowę, po czym spojrzał na kolegę - Serio myślałeś, że tego nie widać? Wika nie umie udawać. Jest zbyt szczera.
- Tak więc musimy coś zrobić.
- Tak, utopmy ją - Sebastian pobiegł w stronę siedzącej na brzegu Wiktorii.

          Dziewczyna została wyrwana ze stanu zaglądania do swojego umysłu przez chłopaka o białych włosach. Szarpnął ją za rękę i zaciągnął w najbliższą falę. Chwycił ją w talii i rzucił w morze. Wiktoria cała przemoczona spojrzała z rozbawieniem na tego idiotę, który teraz siedział na brzegu. "Pożałuje tego" przebiegło jej przez myśl, ale po chwili stwierdziła, że to byłoby dość dziecinne zachowanie. Wiele rzeczy się spala, zanim wyciągnie się do nich ręce. Ona nie chciała ryzykować. Po prostu wyszła z wody, usiadła obok niego, uderzyła go pięścią w ramię, przeczesała mu włosy, wstała i odeszła w stronę Piotrka.
- Cześć Piotrusiu Panie. Jak leci? - odezwała się i legła obok niego, twarzą do piasku. Piotrek usiadł.
- Wikusiu?
- Oh... Moje to coś tam wrodzone mi mówi, że mam kłopoty - podniosła się mokra i bardzo opiaszczona. Do twarzy miała przylepione małe drobinki piasku. Wyglądała jak piaskowy potwór, tylko że taki z bardzo uroczym uśmiechem - Więc słucham, co zrobiłam?
- Masz jakiś problem?
- Nie - dziewczyna podniosła dłonie w geście kapitulacji - wiesz, że tak czy siak dowiedziałbyś się o tym pierwszy. Serio, Piotrek, daj spokój! Lepiej zajmij się odzyskiwaniem Aśki - zaczęła otrzepywać się z piasku. 

- Wiesz, miałem pierwszą próbę. Była czwarta rano, a czas dziwnie leciał. Było mi niedobrze i słyszałem w głowie głosy. Miałem rozczochrane włosy, taki burdel w głowie, jak w damskiej torebce.
- Eej, Piotrek - przysunęła się do niego - Ale dlaczego? Piotrek... Ej, odezwij się do mnie - ze łzami w oczach potrząsnęła nim - Nie będę twoim przyzwalaczem, obiecuję, Piotrek! Tylko się odezwij. - wzięła jego twarz w dłonie - Ej, nie jest źle, prędzej, powiesz mi co się stało, prawda? - pociągnęła nosem. Zajrzała w jego oczy. Nie płakał. Nie okazywał żadnych uczuć, choć zdawałoby się, że widać tam rozbawienie - Piotrek, tu chodzi o moje problemy, prawda? Ja za bardzo cię nimi obciążam, prawda? Ja przestanę, tylko Piotrek, nie rób tego. Dobrze?
Chłopak spojrzał na nią z nieukrywanym zdziwieniem.
- Każdy z nas ma mechanicznie struty umysł, Wika, twoje problemy mi nie przeszkadzają. Bawię się w psychiatrę przy tobie i wiesz, mnie to pomaga. Tak jak i ta próba.
- Chłopie, przecież jeszcze nawet nie ukończyłeś gimnazjum! Proszę cię. Przecież chyba masz tyle oleju w tym zakutym łbie, żeby wiedzieć, że to uzależnia!
- Czy my nadal mówimy o tym samym? - uśmiechnął się do niej - Bo wiesz, wiele gier komputerowych źle wpływa na umysł ludzi, zwłaszcza o czwartej rano.
- Piotrek, ty pizdo! Ja się o ciebie martwię, a ty się zgrywasz. Ty cholero jasna! - wstała i zaczęła go kopać. Trafiała w każde żebro, ale waliła z umiarkowaną siłą. Chłopak zwinął się do pozycji embrionalnej, po czym wstał i pobiegł, mimo oporów piasku, do Sebastiana.

          Podbiegł do niego, klepnął go dwa razy w plecy. Tamten odwrócił się szybko, wstał i zdążył złapać dziewczynę za nogę.
- Dobra, okey, daruję sobie - uśmiechnęła się do nich, leżąc na piachu, uprzednio tracąc równowagę przez Sebastiana.
- Dziękujemy. Będziesz się uśmiechać? - zapytali. 

- Będę.
- Przestaniesz myśleć o tamtej kobiecie?
- Nosz CARPE DIEM! Od dzisiaj carpe diem, obiecuję.
- Nie będziesz płakać i smarkać na moją koszulkę? Serio, dzisiaj posmarkała moją koszulkę - Sebastian zwrócił się do Piotrka.
           

          We trójkę usiedli na brzegu, a fale co chwilę witały ich przyjemną wodą. Patrzyli na horyzont. Na rozciągający się w każdym kierunku horyzont. Na tą linię, która była dla nich granicą, której nastolatkowie nie mogą przekroczyć.
- Mam dość. Ja nie chcę siedzieć tu - w tym mieście, w którym nie mam nic do roboty - wiatr suszył jej włosy.
- Przecież nie jesteś tutaj uwiązana na wieczność - odezwał się Piotrek.
- Ale ja czuję tak, jakbym była. Boks nie daje mi tego, co chciałabym robić. Spójrzcie tam - palcem wskazała jakiś odległy punkt na niebie, w miejscu gdzie łączy się z wodą - tam jest inny świat. I wiecie czego potrzeba do odwiedzenia go? Chęci.
Chłopcy popatrzeli na nią, po czym objęli ją ramionami.
- Wiecie co... - spojrzała na nich obu - Zostańmy piratami. 




"...palcem wskazała jakiś odległy punkt na niebie, w miejscu gdzie łączy się z wodą"
_______
Dziękuję :')) 


sobota, 25 stycznia 2014

"The Adventures Of Captain Spencer"

          Stali wtuleni w siebie pośrodku korytarza. Ona płakała, on trzymał jej głowę. W zasadzie nikt nie miał pojęcia co się stało, że wieczny buntownik płacze. Jej łzy wsiąkały w jego nową koszulkę.
- Posłuchaj... Dookoła nigdy nie ujrzymy prawdy, to nie jest powód do płaczu.
- Oni przestaną nas niszczyć, nie będą nas kontrolować, będziemy zwycięzcami, ja rozumiem!
- To dlaczego teraz smarkasz na moją koszulkę?
- Bo mogę.
On przytulił ją jeszcze mocniej. Pogłaskał jej czarne włosy, pocałował w czoło. Chwycił ją za ramiona, po czym odsunął od siebie, uśmiechnął się do niej i dał delikatnego plaskacza w mordę. Tak dla ogarnięcia.
- Mogło być gorzej. Poza tym nie wiesz w stu procentach, że to twoja matka. Nie rycz już do jasnej cholery!
Uśmiechnęła się do niego. W zasadzie sama nie wiedziała kogo zobaczyła. To mogła być jakaś dawna znajoma jej ojca, może jakaś daleka rodzina? Kochanka? Porzuciła tę myśl. Podziękowała Sebastianowi, po czym usiadła na parapecie. Myśl, że spotkała swoją matkę, zraniła ją od środka. Przypuszczenie, że po powrocie do twierdzy jej nie spotka jeszcze bardziej ją wzruszyła. Chciała to wszystko wyjaśnić. Jak najprędzej.
       
          Zaczęła się historia. Lekcja, na której każdy mógł robić co zechce. Nauczycielka była wymagająca, choć nie zwracała uwagi na to, czy ktoś jej słucha. Po prostu miałeś umieć na sprawdzian. Mówiła z zapałem do tych, którzy chcieli jej słuchać. Dokładnie opisywała strategie bojowe wielu bitew i wojen. Pamiętała każdy szczegół wyposażenia średniowiecznego rycerza, a omawiała to tak, jakby sama była rycerzem i codziennie polerowała swoją zbroję. Sama układała swój program nauczania, który idealnie dopasowywał się do wymagań nastolatków. W klasie 3 "f" każdy słuchał jej z zapartym tchem. Ona potrafiła z Krzyżaków wyciągnąć życie i rzucić nim w uczniów.
          Klasa siedziała na swoich miejscach, czekając aż przybędzie do nich na swoim rydwanie cesarzowa. Weszła spokojnie do klasy odpowiadając podniesieniem dłoni na chóralne "DZIEŃ DOBRY". Położyła swoje książki na biurku, po czym podeszła do ambony i odkaszlnęła. Uderzyła pięścią w deskę, która służyła do układania na niej notatek i innych spraw związanych z lekcją.
- Piraci! - krzyknęła - Łukasz, co o nich wiemy?
Lafirynda chyba ocknęła się z bardzo ważnego rytuału przeczesywania grzywki. Grzywka musi być przeczesana bardzo dokładnie. Z odpowiednią prędkością, pod odpowiednim kątem, z odpowiednim natężeniem tak, aby tłuszcz równomiernie się na niej rozprowadził.
- Eem. Funkcjonują do dzisiaj. Rabują wiele przedmiotów nie będących ich własnością. Rabowali na wszystkich morzach - dumny ze swojej odpowiedzi w nagrodę mógł przeczesać swoją grzywkę.
- Masz rację. Z definicji piratem jest osoba używająca statku, lub łodzi w celu rabunkowym. Wiecie, że napadali na inne statki oraz na cele przybrzeżne. Dobra, od kiedy istnieje piractwo?
Zgłosiła się Baltie.
- Od początku istnienia drogi morskiej.
- Dobrze. Wiecie jacy piraci byli najbardziej znani?
- Berberyjscy. Atakowali nabrzeża Chin, podobnie jak japońscy.
- Świetnie. Dobra, rozkwit piractwa przypadł na wiek szesnasty i siedemnasty. Ktoś wie dlaczego?
Cisza w klasie. Baltie znów się zgłosiła.
- To dlatego, że piraci atakowali hiszpańskie statki wracające do ojczyzny, z ładunkiem, którym zazwyczaj było złoto i srebro.
Wszyscy popatrzyli w jej stronę, jakby chcieli jej pogratulować wiedzy na ten temat.
- Okey. Teraz ja zacznę mówić. Galeony zazwyczaj docierały wszędzie. Sir Francis Drake, Siwobrody, to sławni piraci. Anne Bonny to sławna piratka. Anne jako dziewiętnastolatka uciekła z domu, do portu Nassau w New Providence. Kobiety w tym porcie były głównie ladacznicami - uniosła brwi w insynuacyjnej chwili - Anne jednak nie dała się tknąć. Pewien pirat chciał ją wziąć siłą. Dziewczyna odstrzeliła mu przyrodzenie, przez co zyskała szacunek wśród innych piratów - złożyła usta w trąbkę i wciągnęła przez nie powietrze, przymykając oczy - Jack Rackhman. Na niego trafiła. To był jeden ze świetniejszych piratów tamtych czasów. Anne rozkochała go w sobie, po czym razem uciekli - dłońmi wykonała gest, który wyglądał jak odganianie natrętnej muchy - Na statku, który ukradli znajdowała się jeszcze inna kobieta poza Anną, Mary Read - uniosła palec - Laska była na serio sprytna. Ona wiedziała, że jej nie wpuszczą na statek, więc przebrała się za angielskiego marynarza, a że według legend była marzeniem stolarza, to z przebraniem się nie było problemu, po czym została pojmana przez ludzi Rackhmana. Postanowiła dołączyć do piratów! - spojrzała w oczy każdego ucznia w tej klasie. Wszyscy byli wpatrzeni w nią, jak ćma w światło. Kobieta około trzydziestki. Falowane, brązowe włosy sięgały jej do ramion. Zawsze, ale to zawsze miała na sobie wykonaną z brązowej skóry kamizelkę. W kilku miejscach była już przetarta, lecz idealnie pasowała do koszulek natchnionej nauczycielki - Tym piratom wiodło się niezmiernie dobrze. Złoto, hiszpańskie galeony, kupa szmalu. Wiecie, że coś świętowali? - odeszła od ambony - Jak to bywało w osiemnastym wieku, ludzie lubili wypić. Rum. Głównie rum. Całe beczki rumu. Cała załoga się zachlała w trupa. Mówię serio. Nikt w takim stanie nie mógł się bronić. Poza dwiema kobietami i jednym marynarzem. Następnego dnia ich okręt przywitał angielski statek, budząc trzeźwą trójkę głośną salwą. Pojmali wszystkich, a Anna została przetransportowana na Jamajkę, gdzie nałożono na nią karę śmierci - przeszła między ławkami, podeszła do tablicy, narysowała na niej kontury obu Ameryk, oraz wyspy, które się przy nich znajdują - Annę od kary śmierci uratowało to, że była w ciąży. Jej wyrok zamieniono na więzienie. Została ułaskawiona dzięki swojemu ojcu, który wpłacił za nią zadość uczynienie. Poślubiła Josepha Burleigha, urodziła mu ośmioro dzieci - odwróciła się od tablicy i spojrzała w twarze uczniów - Kto chce zostać piratem?
Przemawiała do nich pani Klara. Potomek tamtej cholernie odważnej kobiet - Anne Bonny.

          - Jakbyś została piratem, to jak byś się nazwała? - Piotrek z przymkniętymi oczami, by słońce nie zajrzało do jego źrenic, zapytał Wiktorię.
- Kapitan Spencer.
- Dlaczego?
- Jest taka książka, o kapitanie, który nazywa się Spencer - dziewczyna bazgroliła coś w zeszycie - Papier, klej, literki, istnieje coś takiego jak książ-ka.
- Sądzisz, że nie wiem co to jest książka?
- Sądzę, że jesteś półgłówkiem i nie wiesz co to jest książka.
Piotrek obruszył się i do końca historii nie rozmawiał z Wiktorią.

          Po dzwonku wyszli z sali i skierowali się w stronę sal gimnastycznych. Czarnowłosa kopnęła chłopaka w łydkę. Ten się zatrzymał, po czym odwrócił do niej. Ręce miał skrzyżowane na piersi i z uśmiechem patrzył Wiktorii w oczy.
- Tęskniłaś za mną, prawda?
- Oczywiście.
Dziewczyna podeszła bliżej niego i wyciągnęła rękę na znak zgody. On ją uścisnął, a Wiktoria ścisnęła ją mocniej i zmusiła go do pochylenia się na wysokość jej ust.
- Może nie idziemy na w-f? - szepnęła.
Piotrek wracając do normalnej pozycji odpowiedział zwykłe "okey".
- Umawiacie się na randkę beze mnie? - żałośnie zawył Sebastian.
- Tak, chodź z nami.
- Ale, że teraz?
- No, a kiedy indziej?
- Są lekcjeee...
- Weźże. Mistrzyni nam to usprawiedliwi! - Wiktoria chwyciła go za rękę i pociągnęła w stronę wyjścia. Drugą ręką chwyciła za koszulkę Piotrka i razem wyszli ze szkoły.
Poszli na plażę.



Nie mogłam się powstrzymać. To jest takie piękne :)) ~ Zizu






środa, 22 stycznia 2014

"The Adventures Of Captain Spencer"

          Otworzyła oczy. Promienie słońca delikatnie muskały wywieszone na ścianach plakaty. Zasłona falowała pod wpływem powietrza wpadającego do środka przez otwarte okno. Przeciągnęła się na łóżku po czym majestatycznie, niczym kucyk Pony, wysunęła się spod kołdry, żeby przejść do kuchni. Przeczesała włosy, zarzuciła je do tyłu. Delikatnie i ostrożnie stąpając bosymi stopami po zimnej powierzchni weszła do czystej, zadbanej kuchni. Przy stoliku czekał na nią kubek z ciepłym mlekiem.
         
         Dzwonek do drzwi. Po twarzy Wiktorii przebiegł cień zaskoczenia. Odłożyła kubek na swoje miejsce, założyła trampki na bose stopy i w koszulce dobranej w komplecie z nieodpowiednio skrojonymi spodenkami podeszła do drzwi. "Dzięki Judasz..." mruknęła pod nosem. Otwierając drzwi zawahała się. Po ułamku sekundy i natłoku myśli otworzyła je szeroko i zaparło jej dech w piersi.

          Za drzwiami stała kobieta w średnim wieku. Przystrojona w zacne świecidełka prezentowała się bardzo elegancko. Sukienka do kolan wyglądała bardzo skromnie, mimo że dodawała właścicielowi uznania w oczach innych. Bez zaproszenia przeszła przez próg mieszkania. Bez skrupułów skierowała swoje kroki do kuchni. Tam się zatrzymała. Oparła się o framugę i omiotła pomieszczenie wzrokiem, który świdrował każdy szczegół kuchni. Wrażliwie dotykając oparcia krzesła westchnęła ciężko.

          Wiktoria dopiero po minucie burzliwych rozważań zamknęła drzwi i z wyrzutem na ustach podążyła za kobietą. Zastała ją w kuchni, w momencie kiedy siadała na krześle.
- Kim pani jest? - zapytała bez najmniejszego zająknięcia patrząc na zgrabne plecy, podkreślane przez sukienkę.
- Chciałam się spotkać z mężczyzną, który miał gdzieś poszanowanie cudzych uczuć i liczyła się dla niego jedynie dobra posada i możliwość wychylenia kielicha, czy dwóch - angielski akcent tej kobiety sprawiał, że czarnowłosa dziewczyna wytrzeszczyła oczy ze zdumienia. Nawet nie wsłuchała się w to co niosły słowa wypowiadane przez nią, lecz zwróciła uwagę na to, że kobieta jest pełna gracji. Jej mowa ciała, styl dobierania słów, były jej pełne.
- Eem, tak... - tak krótko mówiąc, to dziewczynę zatkało. Odwróciła się na pięcie i wewnątrz niej ryknął jakiś wielgachny potwór. Podeszła do drzwi ojca. Otworzyła je i zajrzała do środka. Ojciec stał na balkonie.
- Tato! Jakaś kobieta, posiadająca angielski akcent przyszła do ciebie - zawołała do wnętrza pokoju. Ten usłyszawszy to szybko się obrócił.
- Rozmawiałaś z nią?!
- Chyba nie można nazwać tego rozmową...
- To dobrze, bardzo dobrze... - zaczął coś szeptać pod nosem - Jak ty wyglądasz? - spojrzał na nią, po czym ona sama spojrzała w dół. Siniaki na łydkach, piszczelach, obtarcia na kolanach, gdziekolwiek by się nie spojrzało. Według Sebastiana to dodawało jej uroku. - Wyglądasz jakbym cię bił - po czym uśmiechnął się do niej i podszedł do szafy, żeby zmienić ubranie.

          Było po siódmej. A tu taka niespodzianka. Michał spał, a Bartek... No cóż, gdzieś się włóczył. Kobieta dalej siedziała w kuchni patrząc jak na zewnątrz słońce dotyka każdego drzewa, każdego liścia swoim blaskiem, który był zwiastunem nowej szansy, nowego dnia. Wstała, żeby zaparzyć herbatę. W tym czasie Wiktoria zdążyła się jej bacznie przyjrzeć. Faktycznie ta gracja ją przepełniała, ale było w niej coś... naturalnego, swojskiego. Była w niej kobieta, z którą można porozmawiać, taka, która człowieka wysłucha, która mu pomoże i pójdzie za kimś na koniec świata, byleby ten ktoś był bezpieczny.
- Chcesz herbatę? - zapytała wyjmując saszetkę z puszki.
- Nie, dziękuję. Powie mi pani kim jest? - zapytała stojąc przy parapecie.
- A ty? Czy wiesz kim jesteś moja droga? Czy wiesz co ten człowiek z tobą zrobi? Odejdź od niego, w przeciwnym razie zostaniesz wyrzuconą, poobijaną, zużytą zabawką.
Wiktoria uniosła brwi. Więc tak się sprawy miały. Po głowie przeszła jej myśl "mama?!", po czym stwierdziła, że ona nigdy by się tak nie wypowiedziała o jej ojcu.
- Tak pani twierdzi?
- Owszem, tak twierdzę.
- A kim pani jest, żeby tak twierdzić? - dziewczyna zaczynała nabierać ciekawości.
- Osobą, która kiedyś zajmowała twoje miejsce.
- Jest pani moją siostrą? - zapytała z ironią i uśmiechem na twarzy. Nie podobało jej się to, że wyglądała na kogoś, kto mógłby być partnerem dla jej ojca, chociaż w duszy całe zbiorowisko potworków rechotało z tego faktu.
- Ojej, przepraszam...
- Na miłość boską, Wika, bądź cicho! - Michał w bokserkach wszedł do kuchni, ziewając i przecierając oczy. Zatrzymał się przy oknie, chcąc uciszyć siostrę, kiedy ta wywinęła mu ręce do tyłu i zmusiła do popatrzenia w stronę kobiety w czerwieni - Dzień dobry - odezwał się, wyprostował i poszedł uścisnąć jej rękę.

          - Kto to jest?! - zapytał siostrę, gdy przeszli do jej pokoju.
- Nie mam pojęcia, ale mówi z angielskim akcentem, choć wątpię w to, żeby była angielką... Odwróć się - powiedziała do niego, po czym zdjęła koszulkę, żeby założyć taką, w której może się publicznie pokazać. Zmieniła spodnie i klepnęła brata w ramię, na znak, że może już powrócić do dawnego ustawienia.
- Dobra, masz zamiar dowiedzieć się kim ona jest? - Michał, jak dziecko rzucił się na jej łóżko, które zatrzeszczało wymownie.
- Póki co nie. Musisz sam sobie dzisiaj zrobić śniadanie do szkoły, ja muszę wyjść - rzuciła mu koło policzka dziesięć złotych - Tylko nie przepal, idioto - uśmiechnęła się zakładając skarpetki.
- Wiesz co z Bartkiem? - wybełkotał spod poduszki.
- Nie, ja spadam, serwus bracie!
Wyszła na korytarz, w powietrzu wiążąc trampki. Widziała jak ojciec dość uczuciowo podchodzi do zadania rozmawiania z Panią w czerwieni. Wychodząc spojrzała ostatni raz na tę kobietę. Kalkulując prawdopodobieństwo tego, że mogła być jej matką było znikome. Jednak jej bracia musieli po kimś odziedziczyć przepełnione brązem oczy.

           - Zobaczysz, ja cię kiedyś pocałuję. Jak nie uduszę, to pocałuję.
- Po czym tak wnosisz?
- Po tym, że nie jesteś brzydka, a sądząc po tym, że...
- Dzisiaj chyba poznałam swoją mamę.
- Co? Ja ci się zwierzam, a ty mnie nawet nie słuchasz - Sebastian zrobił wymowną minę - Co z tą mamą?
- Chyba jednak żyje.

sobota, 18 stycznia 2014

"The Adventures Of Captain Spencer"

          Nie zasnął tej nocy. Wstał z łóżka i podszedł do okna. Z góry widać było przejeżdżające niżej samochody, których o tej godzinie nie brakowało. Spojrzał na zegarek. Po czwartej, a ludzie w ciągłym biegu. To nie jest normalne. Nie spędzasz czasu z rodziną, z dziećmi. Oddalacie się od siebie. Po pewnym czasie łączy was już tylko papierek i wspólne łóżko.
Otworzył okno. Zimny wiatr wsunął się do jego pokoju, rozwalając leżące na podłodze kartki. Całe szczęście, że miał burdel w pokoju, ale nie pokój w burdelu.
Odetchnął powietrzem, które tej nocy wydało mu się cięższe niż zwykle. Zapach jesieni. Wolał zapach zimy, jak Aśka. Wiktoria natomiast wolała zapach świeżej trawy tuż po roztopieniu się śniegu. Jak tylko przychodziła wiosna ona tarzała się w niej i nic nie mogło przeszkodzić jej w leżeniu tam z mikroskopijnymi istotkami. Na tę myśl uśmiechnął się pod nosem.
Jego nagi tors muskały jego długie, unoszone wiatrem włosy. Podniósł głowę i spojrzał w niebo. Gwiazdy wydały mu się jaśniejsze niż zazwyczaj. Sam w duchu skorcił siebie za ten ruch. Nie wypadało mu być takim romantykiem.
         
          - Friday! I'm in love!
- Ee, czy ty się dobrze czujesz mój drogi? - Aśka spojrzała na Piotrka ze zdziwieniem.
- Tak!
- A może jednak powinnam poprosić Wikę, żeby ci pomogła, hę?
- Jestem Piotrem, opoką, skałą, nie potrzebuję pomocy kobiety - obruszył się teatralnie. Nie zauważył zbliżającej się do niego Wiktorii, która jednym sprawnym ruchem powaliła go na kolana.
- Teraz przepraszaj za wczoraj!
- No sorry, jedyna, niepowtarzalna, wredna, zła, dobrze bijąca, wkurzająca Wiktorio.
- Boys don't cry, wiesz? - uśmiechnęła się do niego, pomagając mu wstać. Ruchem dłoni poprosiła go, by przeszedł z nią na stronę.
- Powiedziałeś już Aśce?
- O czym takim?
- O tym, że Piotruś Pan wydoroślał i chciałby zabrać Wendy z Nibylandii do świata, zwanego rzeczywistością, w której Piotruś tak w rzeczy samej ma ochotę przelecieć tę biedną dziewczynkę.
- Kuźwa, zapomniałem o tym wspomnieć, wiesz?!
- No to się pospiesz, bo Kapitan Hak zabierze ci ją sprzed nosa.
- Dzwoneczku... Dzięki za poradę - dotknął dłonią jej policzka i zaczął wracać w stronę Aśki. Stąpając krok za krokiem chłopak wymyślał w głowie najrozmaitsze scenariusze tego, jak powiedzieć o tym co go nęci. Już otwierał usta i chciał powiedzieć "Aśka, ja..." ale zrezygnował. Typowe, nieprawdaż? Uśmiechnął się tylko do niej i zajął miejsce obok na parapecie.

          - Tchórz z ciebie.
- Nie moja wina!
- Twoja. Nie zasłaniaj się tym, że cię "onieśmiela" - Piotrek zaczął wyprowadzać Wiktorię z równowagi. Cackał się niemiłosiernie z tą Aśką.
- Słuchaj...
- Nie! To ty posłuchaj! Ja nie żartowałam z tym Kapitanem Hakiem. Aśka jest świetną dziewczyną, więc nie wiem dlaczego nie chcesz jej po prostu powiedzieć. Nie możesz? Boisz się?
- Boję się.
- Czego?
- No bo wy się przyjaźnicie.
- No i?
- To, że no, boję się o naszą wspólną przyjaźń.
- Piotrek, słuchaj, teraz robi się z tego brazylijska telenowela. Po prostu podejdź i to powiedz.
Wiktoria podeszła do Baltiego. Dziewczyny przywitały się i odeszły na stronę.
- Słuchaj, mam do ciebie wielką prośbę... - zaczęła Wika - Piotrkowi podoba się Aśka.
- Ona mu się nie podoba. A przynajmniej mu się przestanie podobać.
- Dlaczego? - czarnowłosa, wiedziała, że przewodnicząca szkolnego monitoringu zaraz jej o wszystkim opowie.
- Dominik ją poprosił, żeby ta z nim chodziła.
Wzium! Piorun uderzył w ziemię tuż obok nich. Informacje z ostatniej chwili!
- Kiedy?! - dziewczyny przemierzały korytarz szybkimi krokami. Piotrek rozmawiał z siedzącą obok Aśką, po czym wstał, przeszedł kawałek i zawrócił. Zatarł ręce, odetchnął i podszedł do dziewczyny.
- Dzisiaj rano. Aśka jest w skowronkach. Nie widzisz tego?
- Póki co zależy mi, żeby Piotrek nie zrobił z siebie idioty, wyznając jej miłość. Ach, te romanse.
Ostatni dystans dzielący je od Piotrka i Aśki minęły sprintem, Wiktoria, nie wyhamowała i wbiła się w Piotrka, przewracając się razem z nim na ziemię.
- Nie rób tego! - syknęła mu do ucha, podnosząc się z ziemi.
- Co? Dlaczego?
- Później ci powiem... Teraz wstawaj! - podnieśli się z ziemi, a cały siedzący parapet, razem z przybocznymi ławkami wybuchł śmiechem.
- Powiedz mi teraz.
- Ona chodzi z Kapitanem Hakiem.
          Polski. Lekcja uwielbiana i przez Mistrzynię i przez jej klasę. Przerwa trwała w najlepsze, a Piotrek od kilku lekcji siedział z tą samą miną. Podeptany, zagubiony, odrzucony psiak. Sebastian siedział obok niego, starając się mu jakoś przemówić do rozumu, ale on zamknął się w sobie. Mistrzyni też to zauważyła. Poprosiła go o zostanie po lekcji.
          - Posłuchaj... Ona nie pasuje do was.
- Słucham? - odparł zmieszany.
- Do ciebie, Wiktorii i Sebastiana. Zobaczysz, ona za... trzy dni zmieni się nie do poznania, a ty nie będziesz mógł na to nic poradzić.
- Ale po czym pani to wnosi?
- Po jej panoszeniu się. Zobaczysz. Znam was od trzech lat. Wiem kiedy coś się stało, kiedy ktoś udaje. Wiem, kiedy któreś z was kłamie, lub jest załamane. Mówię o całej klasie. Wiem, kiedy Wiktoria piła. Wiem, kiedy patrzyłeś z utęsknieniem na Aśkę. Jesteście moimi dziećmi... W przenośni oczywiście, ale jestem z każdego z osobna dumna. Uwierz mi, że ona się zmieni, a ty przejrzysz na oczy.
- Uważa pani, że to, co widzę teraz to maska?
- Tak.
Łzy. Małe krople słonej wody pojawiły się w jego oczach.
- Od zawsze?
- Tak.
- Dziękuję.
- Piotrek? - zwróciła się do niego, otrzepując ręce z kredy - Proszę, tylko nie zrób czegoś głupiego.
- Dobrze - odwrócił się i wyszedł z sali. Wszedł do szatni, gdzie czekała na niego Wiktoria. Siedziała z zamkniętymi oczami i słuchawkami w uszach. Piotrek podszedł do niej i usiadł jej na kolanach. To automatycznie wyrwało ją z stanu zasłuchania. Gwałtownie rozchyliła uda, blondyn chwycił ją za koszulkę, oboje się wywrócili. Co było do przewidzenia. Dziewczyna usiadła po turecku odgarniając włosy z twarzy.
- Czujesz się lepiej? - zapytała z uśmiechem.
- Nawet tak - pokiwał głową, po czym wstał, zabrał kurtkę, pomógł wstać Wiktorii i razem, kopiąc się trampkami, wyszli ze szkoły.