piątek, 2 sierpnia 2013

"The adventures of Captain Spencer's Daddy"

          Kiedy dowiedziałem się,  że za drzwiami stoi moja córka w pierwszej chwili pomyślałem, że są to jakieś kpiny. Ale zanosiło się na to,  że to faktycznie mój rozbójnik. Zacząłem sprzątać w pokoju, bo panował tu naprawdę burdel. Taki sam miałem stan umysłu. Podniosłem się z łóżka. W ciągu tych kilkudziesięciu sekund w oczach stanęły mi wydarzenia z tamtego dnia. Z 15 sierpnia.

          Prowadziłem wtedy własny biznes, duży warsztat samochodowy. Zatrudniałem kilka osób, interes dobrze się kręcił, trzymałem wszystko twardą ręką, na brak klientów i kasy nie narzekałem. A że moja robota wymagała nerwów i stałej uwagi, no to cóż w tym dziwnego było, że pod wieczór wpadałem do baru na szklaneczkę albo dwie. Stać mnie było, za swoje piłem, odstresować  się musiałem.
         Tamtego wieczoru nadzwyczaj w świecie przeholowałem…
         Nie podobało się to moje popijanie córce, synom i matce, wiadomo, jako kobieta  zawsze znalazła powód do burczenia. A, że ja nie pozostawałem jej najczęściej dłużny, więc awantury były u nas na porządku dziennym. Co mi tam matka miała jeździć po głowie, ja utrzymywałem dom, na wszystko sam robiłem, potomstwo kształciło się, więc nie miała się czego czepiać.
          Ale ona wymyślała mi od pijaków, spokoju nie dawała, gdy wracałem wieczorami, to za swoje dostawała. A chłopaki, zamiast za ojcem murem stanąć, to babki bronili, ale najbardziej broniła jej Wika. I wtedy też naurągała mi, gdy trochę bardziej niż zwykle nietrzeźwy wróciłem, bo ważny powód miałem, interes dobry z kumplem opijałem. Późno do domu przyszedłem, fakt, ale Wika przyszła jeszcze później. W dodatku też pijana. A ja chciałem się spokojnie w pościeli położyć i odpocząć. Matka nad uchem zaczęła te swoje stare śpiewki, no to odepchnąłem ją, może trochę za mocno, rzeczywiście. Ale pijany byłem przecież, nie wiedziałem sam co robię.
          Na moje nieszczęście Wiktoria akurat wtedy na mnie spojrzała.
          Jej zielone oczy zapłonęły ze złości. Nagle przerodziła się w kocicę, gotową do rzucenia się na mysz. Podskoczyła do mnie, ręce do tyłu wykręciła i prawie mną rzuciła o ścianę, krzycząc, że damski bokser jestem i babki nie pozwoli ruszyć. A jak jeszcze raz ją tknę, to da mi po gębie tak, że tydzień będę z fioletowymi oczami chodził.
          Przecież nie mogłem pozwolić, żeby córka tak mnie szanowała, no i wypędziłem nyguskę z domu. Niech idzie, niech zakosztuje życia na ulicy, jak jej źle w ojcowskim domu. Opamiętałem się dopiero następnego dnia, gdy zobaczyłem jak moja matka rozpacza w kuchni.
- Dziecko z domu przepędziłeś, na zatracenie – chlipała, gdy zapytałem o co beczy. – A wiesz jaka Wiktoria honorowa jest, ona do domu już nie wróci.
- Jak zgłodnieje i zmarznie, to wróci, spokojna głowa – odparłem nalewając sobie mleka do kubka, bo kac mnie męczył straszliwy. – Nie rycz matka, zobaczysz, wróci jeszcze przed nocą.
          Ale Wika nie wróciła do domu ani tego dnia, ani następnego. W tym czasie wydało się, że w moim domy byli dwaj alkoholicy. Matka rozchorowała się z żalu za wnuczką, a synowie czuli się winni odejściu siostry. Skoro gówniara się zawzięła, to co ją będę na siłę do domu sprowadzał. Od tamtego czasu nie widziałem jej ani razu. Pod moją nieobecność zabrała swoje rzeczy i odwiedziła babkę.
          Gdy wracałem pewnego dnia do domu, pod domem stał ambulans ratunkowy, nie na sygnale. Wiedziałem co się stało. Wbiegłem do środka, do pokoju mojej mamy. Zastałem tam Wiktorię, płaczącą przy zimnym już ciele babci. Podszedłem do niej i chciałem przytulić… pocieszyć, ale odepchnęła mnie. Spojrzała w moje oczy. Zobaczyłem w nich gniew, nienawiść, ale też wielki ból, z powodu utraty kochanej osoby. Początkująca bokserka przeszła obok mnie i wyszła z pokoju. Zobaczyłem ją wtedy ostatni raz.
          Zrozumiałem swoje błędy, bla, bla, bla. Zamknąłem się w pokoju matki. Od odwiedzającego mnie Bartka dowiedziałem się, że Wiktoria wróciła do domu, ale zrobiła to tylko dla młodszego brata, gdyż uznała, że jej potrzebuje. Ani razu do mnie nie przyszła. Mnie zaczęła zżerać choroba psychiczna. Rzekomo… Ale tak to jest ufać doktorom.
          Teraz ona stała tam przy drzwiach i patrzyła na mnie swoimi zielonymi oczyma.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz