czwartek, 20 lutego 2014

"The Adventures Of Captain Spencer"

          I znów wracam do swojego ulubionego motywu, czyli: trójka nie zawsze wspaniałych wracała z plaży. Oczywiście nie obyło się bez kopania, klnięcia i ciągnięcia się za włosy.
- Jestem głodna.
- Słuchaj, to żadna nowość, więc nie ma się czym chwalić - odezwał się Piotrek, starając się nie zderzyć z ludźmi idącymi w przeciwnym kierunku.
- No, ale serio - zawyła przeraźliwie.
         
          Blond, rude, kruczoczarne... Białe. Dlaczego coś, co jest oznaką czystości przyciąga wiele uwagi i zainteresowania? Bo wbrew pozorom jest inne. Nie widać tego, ale włosy są dla człowieka jak uwalnianie myśli. Dlatego farbujemy włosy. Bo chcemy się dowiedzieć z czym nam najlepiej do twarzy.
         
          - Wyślijmy kiedyś list w butelce. Hę? - Wika upaprana keczupem popatrzyła na kolegów, którzy wcześniej nie pokazując po sobie oznak głodu sięgali po frytki.
- No, spoko - Sebastian oblizywał palce, żeby nie zabrudzić tłuszczem telefonu. Po chwili wkroczył między nich riff o takim poziomie głośności, że każde z tej trójki gwałtownie podskoczyło.
         
          Siedzieli na krzesłach przed jednym z tych barów, które posiadają ogródek za lokalem. Wnętrze baru było w stonowanych, ciepłych kolorach. Ciemna czerwień przechodziła w bordowe plamy na ścianach, mijała po drodze zdjęcia poprzednich pokoleń, jedzących w tym samym budynku, pomieszczeniu, przy stoliku. Serwetki stały jak na baczność w serwetnikach, przyprawy były w identycznych pojemniczkach, różniących się jedynie zawartością i wielkością dziurek w zakrętce. Obrusy w czerwono-białą kratę idealnie podkreślały linię okrągłych stolików.
          Ich ulubione miejsce spotkań, to stoliczek w rogu za lokalem. Dwie ściany przyległych do siebie budynków porosły pnączami, które starały się być wyższe i zarówno szybsze od reszty gałązek.
         
           Riff był tak głośny a równocześnie tak wpadający w ucho, że nie dało się go zapomnieć. Wiktoria spojrzała w stronę otwartych drzwi, prowadzących do wnętrza baru. Po chwili do gitary dołączyła perkusja, następnie bas. Dość długo się rozgrywali zajebistym intro, ale po wejściu wokalisty... Można powiedzieć, że uszy każdego z tam siedzących były pieszczone przez delikatny, ale przesiąknięty pewnością siebie, determinacją i charyzmą głos. 

          Spojrzeli po sobie i szybko oraz równo wstali z miejsc i pobiegli do środka. W miejscu, w którym kiedyś znajdowało się pianino, uwaga nadal stało pianino, ale za nim powstała wnęka, która była teraz pod oblężeniem czterech mężczyzn. Może to za dużo powiedziane. Chłopców. Wokalista spojrzał na nich nie przestając śpiewać. Wiktoria poznała go od razu. Swego czasu miała z nim treningi, ale kiedyś chłopak, który nie potrafi poprawnie użyć czasownika "włączać" złamał mu rękę, co oczywiście jest niedozwolone... i wredne, przestała go widywać. Był wysoki, dobrze zbudowany. Przystojny. Mogła powiedzieć, że jej się podobał. Z wyglądu, jako nieznany chłopak, którego minęła na ulicy. Nie znała się z nim za dobrze, jednak teraz odgarniając włosy z oczu patrzyła na niego jak na dawnego znajomego z podstawówki.
          Piotrek i Sebastian razem naradzali się jak powiedzieć Wiktorii, że szczęka jej opadła. W pewnym momencie gitarzysta po prostu pokazał jej to na sobie i uśmiechnął się porozumiewawczo. Blondyn i Białas usiedli przed pianinem i nie zważając na uśmiechy niektórych klientów lokalu zaczęli głośno krzyczeć i dopingować chłopców ze sceny. Dziewczyna cofnęła się do stolika przy którym jeszcze przed chwilą jedli, zabrała niedojedzoną zapiekankę i z zadowoleniem wróciła do słuchania zespołu.
          Po odegraniu około trzech utworów chłopcy zeszli ze "sceny" pod oklaskami i wiwatami Piotrka i Sebastiana. Podeszli do nich, gratulując genialnego zgrania, etc. Skończona zapiekanka odezwała się w żołądku Wiktorii głośnym burknięciem. Dziewczyna podeszła do kumpli i chłopaków z zespołu, również gratulując występu. Oczywistym było, że wokalista podejdzie do niej pierwszy.
          Chłopak o niedbale przeczesanych włosach sięgających do szyi i ujmującym uśmiechu patrzył na Wiktorię. Wyciągnął do niej rękę.
- Antek.
- Wiem - odwzajemniła uśmiech i uścisk dłoni - Chodziliśmy razem na treningi boksu.
- Jesteś pewna?
- Tak, koksu złamał ci rękę, więc przestałeś ćwiczyć... - trochę się zmieszała. Niemożliwym było, żeby się pomyliła.
- Wiktoria! Właśnie! - uśmiechnął się szeroko i uderzył otwartą ręką w czoło - Włosy ci urosły i tak jakoś eem...
- Zbabszczyłam się, wiem. Tamtych dwóch geniuszy powie to samo – wskazała na zajętych kompanów.
- Chyba to miałem na myśli - jeszcze raz odsłonił zęby i razem ruszyli w stronę zajmującej scenę grupki, rozmawiającej o sprzęcie muzycznym.
          
          Razem usiedli przy stoliku. Siedem osób przy jednym stoliku. SIEDEM OSÓB. Zamówili oranżadę i siedem słomek. Zaczęli rozmawiać o muzyce, bo jakżeby o czymś innym. Ten zespół stał się za bardzo komercyjny, tamtego nikt już dawno nie widział, a ten przyjeżdża do Polski! Siedzieli, pili, rozmawiali. Do pewnego momentu kulminacyjnego, w którym do lokalu wszedł ojciec jedynej w tamtym siedmioosobowym kółku dziewczyny. 

          Nie wszedł sam. To było najlepsze. Pani Czerwona i Doskonała weszła razem z nim.
Sebastian szturchnął Wiktorię, która kaszlnęła i wykrzywiła usta w grymasie rozpaczy, bo przeźroczysty i gazowany płyn wylał się na jej bluzkę.
- Ja się tu staram pić, skoro chcesz mi przeszkadzać to mi przeszkadzaj kiedy indziej, ale nie akurat wtedy, gdy piję, bo wtedy jest duże prawdopodobieństwo, że to co jest w słomce wyląduje na mojej koszulce, tak jak teraz!
- Twój ojciec tu jest - w tym momencie wywołał u niej serię zachłyśnięć się i kaszlnięć w przyspieszonym tempie.
- Widział mnie?!
- Nie wiem, ale nie jest sam.
- Jest z nim laska w czerwonej sukience?
- Tak.
- Kurde... - spojrzała na resztę, która zdążyła się zainteresować tym co się dzieje między nimi - Schowajcie mnie.
Nowi kumple zaczęli między sobą rozmawiać. Tak się składało, że nikt nie wiedział co robić. Wiktoria chciała zostać, ale istniało zbyt duże prawdopodobieństwo, że ojciec ją zobaczy i się speszy. Piotrek, Sebastian, Marcin [gitarzysta], Dominik [perkusista] i Bartek [basista] mieli przesiąść się bliżej obiektu zamieszania i posłuchać o czym mówią, a Wika i Antek mieli wyjść niezauważeni. Ustalili tak, bo dziewczyna w kurtce z kapturem o kilka numerów za dużą nie wygląda podejrzanie i dziwnie.
          Podczas zamieszania przy zmienianiu miejsc Antek i Wiktoria zdążyli przemieścić się już do wyjścia z baru. Chłopak obejmował ją w pasie i udawał, że szepcze jej coś do ucha. W rzeczywistości napluł jej na szyję, a ona starała się nie wybuchnąć śmiechem i nie zdzielić go ręką po głowie. Na zewnątrz, po przejściu kilku metrów Wiktoria zdjęła z siebie kurtkę Antoniego [uhuhu] i rzuciła mu ją w ręce.
- A teraz zlizuj tą ślinę!
- Jesteś pewna, że chcesz poczuć mój język na swojej szyi? - szelmowsko [uwielbiam to słowo] uśmiechnął się do niej i uniósł brwi na znak tego, że coś jej insynuuje.
- Nie, dobra... - przetarła miejsce, w którym jad spłynął na jej koszulkę i już zdążył w nią wsiąknąć. Po chwili milczenia i pochodu w nieokreślonym kierunku dziewczyna odezwała się.
- Nie wracasz do nich?
- Po co? Dobrze się bawią beze mnie - uniósł kąciki ust i zmrużył oczy - Po wyrazie twojej twarzy wyczuwam, że chcesz się mnie pozbyć.
- Masz rację, właśnie tego pragnę najbardziej.
- Odprowadzę cię do domu, co ty na to? - objął ją ramieniem i uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Chodźmy na łąkę.
- Łąkę?
- Łąkę - nie czekała na dalszy rozwój sytuacji, tylko wzięła go za rękę i szybko skręciła w ulicę, która prowadziła na ową łąkę.

          - Więc jako idealne zakończenie tej randki powinniśmy się pocałować? - chłopak podpierając się na rękach, dzierżąc w ustach jakieś zielsko, kiwał głową.
- Ja tylko oczekiwałam od ciebie pomocy - uśmiechnęła się do niego przyjaźnie.
- No weź... Raz. Co ci szkodzi.
Tak, czy nie? Nic nie stało jej na przeszkodzie. Byli sami. Na łące. W uroczym miejscu. Może Wiktoria nie chciała tego robić tylko ze względu na to, że znali się od zaledwie trzech godzin? Zdecydowanie to było powodem. Dziewczyna dobrze się z nim rozumiała. Słuchali tej samej muzyki, choć mieli inne poglądy co do niej. Byli w tym samym wieku. Lubili znacznie odmienne książki. Oboje patrzyli w słońce. W tą rozżarzoną kulę gazów, która zawsze była dla człowieka życiodajną. Szare oczy chłopaka poszybowały w powietrze. Chmury przybierały odcienie różu, pomarańczowego, fioletowego, jakby były malowane przez ptaki, które co chwilę przecinały niebo.
- Patrz, słońce zbliża się do horyzontu. Jest koło szóstej, co nie? – odezwał się w końcu.
Zamiast odpowiedzi usłyszał:
- Chciałbyś zostać piratem?
- Tak! - ożywił się i wypuścił z ust to, co w nich miał - Od zawsze chciałem być piratem. Gdybym rabował na morzach jak Sindbad, byłbym niepokonany – ręką nakreślił ruch w powietrzu, jakby już widział nagłówki listów gończych. A ty?
- Jak cię nie uduszę, to cię pocałuję - Wiktoria odpowiedziała tekstem albinistycznego przyjaciela i pocałowała Antka.

         


________________
Przepraszam za długą przerwę, jeżeli ktokolwiek czyta to co piszę. ~Zizu

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz